Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patricia Clarkson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patricia Clarkson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2012

Jeden dzień / One day (2011)

[DVD/INNE]


Nie lubię Sturgessa (chociaż aktor z niego nawet niezły), nie przepadam też za Hathaway. Dlaczego więc sięgnąłem po „jeden dzień”? Z bardzo, bardzo prozaicznego i nawet płytkiego powodu. Plakat do tego filmu uważam za jeden z najlepszych, jakie w poprzednim roku widziałem.

„Jeden dzień” na nawet przyzwoitą formę. Pokazanie pary bohaterów na przestrzeni wielu lat w jeden i ten sam dzień sprawiło, że przeskoki czasowe jakoś da się przełknąć, nie gubi się ciągłości świata bohaterów. Oni sami byli przyczyna mojej nieustannej irytacji. Dexter to dupek, ok., i tacy być musza. Ale Emma wcale nie jest ciekawszą postacią od niego. W gruncie rzeczy, oboje są siebie warci. Dlatego też po przesadnie (i zupełnie niepotrzebnie) melodramatycznej końcówce nie umiałem ani żałować Emmy, ani współczuć Deksowi. Poza tym, obraz Scherfig bazuje na podobnej siatce schematów, jak chociażby „Zmierzch”. Po prostu lepiej je maskuje. Lepiej nie oznacza jednak wystarczająco dobrze.   

„Jeden dzień” miejscami ma swój urok, nie wykracza jednak poza ramy opowieści dla nastolatek o emocjonalności zbudowanej na czytaniu „Cosmopolitanu” i słuchaniu Avril Lavigne. 

Niemniej, plakat nadal mi się podoba:)

Moja ocena: 6/10

PS. biedna Patricia Clarkson znów w roli matki. Nie znoszę patrzeć, jak ktoś taki się marnuje. 

wtorek, 17 stycznia 2012

Łatwa dziewczyna / Easy A (2011)

[DVD/INNE]

Ostatnio moja szydercza natura nie może zaznać spełnienia. Nawet jakbym chciał, to zbytnio nie mam na co narzekać. W sumie zjechanie „Jackass 3” to jak kopanie leżącego, a nawet jeśli sięgam po komedię w stylu „Łatwej dziewczyny” czy „Złej kobiety” to bawię się całkiem nieźle. Komedia z Emmą Stone w tytułowej roli to całkiem sprawna i zabawna opowieść o niszczącej sile plotki, zakłamaniu amerykańskiej młodzieży (i niektórych z ich szkolnych „przewodników”), czy niekoniecznie najmądrzejszych sposobach na zwrócenie na siebie uwagi, aby chociaż raz poczuć się kimś ważnym. Co prawda męczy mnie już wykorzystywanie „Szkarłatnej litery” w co drugim filmie poruszającym tematykę „niemoralnego” seksu. Czy w amerykańskiej literaturze przez te wszystkie lata nie napisano nic innego, czym można by wycierać sobie gębę? Zakończenie filmu idzie po najmniejszej linii oporu, a ostatnie 30 minut nie ma już tej siły co pierwsza godzina. Na szczęście Emma Stone jest ładna, ma śliczne włosy i oczy i kapitalny głos. Do tego gra nie najgorzej. Twórcy popisali się kilkoma świetnymi tekstami, bardzo spodobały mi się sceny z udziałem Tucciego i Clarkson (chociaż to już kolejna rola nietypowej matki po „Co nas kręci, co nas podnieca”, „To tylko seks”. Ta świetna aktorka mogłaby wreszcie rzucić się na coś poważniejszego). Film przemyca wiele cennych obserwacji na temat stanu amerykańskiego społeczeństwa (ale robi to z pewnym wdziękiem), wyśmiewa religijnych fanatyków, kółka czystości i inne tego typu bzdury, brak odpowiedzialności u dorosłych, itd. Jest z czego się pośmiać. Zdecydowanie film do kilkurazowego użytku. Szkoda tylko, że pod koniec twórcy poszli na łatwiznę.

Moja ocena: 6/10      

wtorek, 10 stycznia 2012

To tylko seks / Friends with Benefits (2011)

[DVD/INNE]

Namnożyło się nam ostatnimi czasy komedii seksualno-romantyznych. Schemat w zasadzie jest bardzo prosty. Początkowo prosty układ polegający na niezobowiązującym, „koleżeńskim” seksie jest zadowalający dla obu stron, z czasem okazuje się jednak, że pusty seks to za mało, że w każdym drzemie potrzeba bliskości – początkowo odrzucana – ostatecznie jedna spełniona przez bohaterów. Na tle konkurencji film Glucka wypada nad wyraz dobrze. Para Timberlake & Kinis jest zabawna i gorąca, czego nie mogłem powiedzieć o Kutcherze i Portman. W dodatku drugi plan głównie dzięki  Clarkson i Harrelsonowi jest ciekawy (czasem nawet ciekawszy niż pierwszy). Zwłaszcza pierwsza część filmu jest dynamiczna i zabawna, później napięcie trochę siada, ale to w zasadzie standard komedii  romantycznych. „To tylko seks” oferuje jednak kilka naprawdę zabawnych scen, bohaterów z niezłą chemią i trzyma ogólnie przyzwoite tempo, dzięki czemu nawet zakończenie całkiem gładko przechodzi przez gardło. Nawet jeśli film nie wychodzi poza schematy, to przynajmniej nie męczy nimi, a to już coś.
 
Fajnie, że Justin realizuje się aktorsko, co na razie wychodzi mu przyzwoicie, ale chciałoby się nim potrząsnąć i wysłać do studia nagraniowego, aby w końcu wydał nową płytę.       


Moja ocena: 7/10

środa, 2 marca 2011

Miłość Larsa / Lars and the Real Girl (2007)

[DVD/INNE] 

Dla wielu „Miłość Larsa” będzie filmem nudnym, mimo że dzieje się w nim całkiem dużo. Niejedna osoba uzna go za dziwaczny, chociaż wbrew pozorom mówi o bardzo zwykłych rzeczach. Wreszcie, cała rzesza powie, ze to film nieśmieszny tylko dlatego, że prezentowany humor (głównie sytuacyjny) jest zwyczajnie nienachalny.


Tak, zdecydowanie „Miłość Larsa” to nie jest film dla wszystkich. Nancy Oliver postanowiła opowiedzieć o miłości (a raczej potrzebie miłości) za pomocą nieco innych rekwizytów niż to się robi za zwyczaj. Jednak prawdy, które w ten sposób odsłania wcale nie są nowe czy odkrywcze. Czy to minus tego filmu? Skądże.

Ja niejednokrotnie solidnie się na nim uśmiałem. Spodobało mi się to, jak delikatnie opowiadana jest cała historia. Polubiłem bohaterów (a oni sami także polubili się wzajemnie). Mimo całej prostoty „Miłość Larsa” to mądry film, dobrze zagrany film. Mój problem z tym obrazem polegał na tym, że mimo tylu cenionych przeze mnie cech, nie potrafiłem dać się porwać opowieści. Czułem się trochę tak, jakbym oglądał ten film zza podwójnej szyby. Los bohaterów, mimo całej sympatii do nich, był mi w sumie obojętny. Nie żałowałem rozstania z nimi, nie rozmyślałem o nich po zakończeniu seansu. Mimo tylu dobrych składników „Miłość Larsa” zostanie dla mnie filmem jakich wiele i raczej nie będę po niego często sięgał w przyszłości.   





Niemniej, wszystkich zachęcam do obejrzenia, bowiem amerykańskie kino niezależne ma się całkiem dobrze. Dodam tylko, ze mnie najbardziej w całym filmie podobały się sceny asymilacji Bianki z społecznością miasteczka. To, jak mieszkańcy szybko akceptują „inność” bohaterki^^ ze względu na Larsa była wręcz wzruszająca. Bianka w szkole, Bianka w kościele, Bianka w wannie – te sceny wypełnione są ciepłem i  komizmem.

Moja ocena: 6/10

piątek, 28 stycznia 2011

Co nas kręci, co nas podnieca / Whatever Works (2009)

[DVD/INNE]



To jest to! Nie chce przyłączać się do grupy twierdzącej, jakoby Allen przeżywał swoistą impotencję twórczą, ale jego poprzednimi filmami nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Nie pragnę też przyłączać się do osób, które więżąc reżysera w jego własnym stylu każdą próbę odstępstwa uważają za świętokradztwo. Nie da się jednak ukryć, że dzięki powrotowi do NY i czerpaniu ze swoich poprzednich dzieł udało się przyrządzić Allenowi naprawdę smakowite danie.

„Whatever Works” to jeden z tych nielicznych filmów, w których podobało mi się w zasadzie wszystko. Evan Rachel Wood zachwyciła mnie swoją dojrzałością, udowadniając, że między kolejnymi skandalami jest w stanie zabłysnąć (i to nawet przy Patricii Clarkson) – a trzeba przyznać, że rola Melody, wbrew pozorom, wcale nie była taka prosta. „Stary” znajomy - Henry Cavill - po prostu obezwładnia urokiem osobistym i ma zadatki na całkiem dobrego autora (oby tylko szybko ktoś dał mu szansę naprawdę pokazać na co go stać). Natomiast Patricia Clarkson to wisienka na torcie i jeszcze długo na samo wspomnienie Marietty dostawał będę ataku śmiechu.

Allenowski humor to zresztą najmocniejsza strona filmu. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle razy wybuchałem śmiechem i nie mogłem się zdecydować, który tekst z filmu był najśmieszniejszy. Staruszek Woody wciąż jak nikt inny potrafi bardzo bystre i mądre obserwacje na temat świata ubrać w kostium żartu i ironii, używając dowcipu jako nośnika dla naprawdę ważnych przemyśleń. Na plus należy zapisać także to, że chociaż Allen we własnej osobie nie pojawia się w filmie (rolę geniusza-egocentryka obsadzono Larrym Davidem), to jego obecność można wyczuć w prawie każdej scenie.



Jedyny minus filmu jest taki, że po jakichś 80% filmu całość trochę siada. Ja jednak proszę o więcej takich błyskotliwych, mądrych, bezpretensjonalnych i diabelsko zabawnych filmów. Najlepszy film Allena od czasu „Przejrzeć Harry’ego” i jedna z najlepszych amerykańskich komedii ostatnich lat.  

Moja ocena: 9/10