Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Cavill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henry Cavill. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2012

Immortals. Bogowie i herosi 3D / Immortals (2011)

[DVD/INNE]


W filmach Singha tradycją już chyba się stało, że podoba mi się zazwyczaj strona wizualna. Reszta jest mniej lub bardziej kulawa, jednak zarówno „Cela” jak i „Magia uczuć” broniły się różnymi elementami na tyle dobrze, że uważam je za obrazy przyzwoite. „Immortals” to film, którym reżyser wreszcie postanowił pójść na całość w jedną, sprecyzowaną stronę – wizualnie mogącego zachwycić tępego widowiska.


Podejrzewam, że niejedna para oczu podczas seansu odnalazła ziemie obiecana reżyser pozostał wierny swojemu wizualnemu credo,  ale nie stoi w miejscu i do elementów znanych dodaje też trochę nowych motywów, chwytów – szkoda tylko, ze tak bardzo zapatrzył się na „300”. Mnie jednak już znudziły się te podrasowane komputerowo kadry, zabawy kolorami, i inne bajery. Do tego przemoc jest tak cholernie sztuczna, że nie robi absolutnie najmniejszego wrażenia. Nie wykorzystano kategorii wiekowej R, a jedyna scena erotyczna w filmie wieje nudą. Do tego  dość denna fabuła, bardzo powierzchowne, bazujące na schematach portrety psychologiczne postaci. Jakby tego było mało, w finale roi się od scen głupich, a egoizm naszych bohaterów sprawia, że ja w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby wszyscy zginęli. Przynajmniej nie byłoby szans na sequel.



Na plus zalioczyć można, że od czasu „300” na jedym ekranie superprodukcji nie paradowało tyle apetycznych torsów. Henry jest przepięknym facetem (o ile nie stroi głupich min) i nadaje się do blockbusterów. Potencjału siłowniowego Lutza, niestety, nie wykorzystano, no ale trzeba było coś zachować na cześć drugą:P

Moja ocena: 5/10

poniedziałek, 14 listopada 2011

Tristan i Izolda / Tristan + Isolde (2006)

[DVD/INNE]



„Tristan i Izolda” to fantastyczny materiał na film, ale tylko w rękach bardzo dobrego, inteligentnego, umiejącego żonglować emocjami reżysera. Kevinowi Reynoldsowi żadnej z tych cech bym nie przypisał. Stworzył zatem kino strawne, ale nieporywająca na żadnym poziomie.

Sophia Myles nie dość, że jest śliczna, to zagrała znakomicie. O Jamesie Franco nie mogę tego powiedzieć. Jest on dobrym aktorem (ponadto prywatnie to jedna z moich ulubionych osób z Hollywood), rola Tristana rozłożyła go jednak na łopatki. Rufus Sewell w roli lorda Marka ma w sobie zdecydowanie więcej charyzmy, seksapilu i magnetyzmu, żadna więc kobieta nie wybrała by Tristana mając przy boku Marka. Aktor jest aż za dobry na tę rolę, przez co Franco wpada jeszcze bladziej.

Zdjęcia są dobre, chociaż w scenach walki kamera jest zbyt chaotyczna i czasem zupełnie nie wiedziałem, co dzieje się na ekranie. Turniej o rękę Izoldy przypomina miejscami „Gladiatora”. Ciekawa jest również muzyka.

 

Fabularnie niestety otrzymujemy coś w rodzaju popłuczyn po erotycznym trójkącie, który w oryginale wypadał znakomicie. Nawet pogadanki Tristana o obowiązku i powinności wypowiadane są bez przekonania, przez co potencjał opowieści zupełnie nie został wykorzystany.

Piękna i utalentowana S. Myles, ptfu, to znaczy Izolda.

Jednak Myles, Sewell, zdjęcia i muzyka wystarczająco podciągają całość, aby dało się to obejrzeć.       

Moja ocena: 5/10   

piątek, 28 stycznia 2011

Co nas kręci, co nas podnieca / Whatever Works (2009)

[DVD/INNE]



To jest to! Nie chce przyłączać się do grupy twierdzącej, jakoby Allen przeżywał swoistą impotencję twórczą, ale jego poprzednimi filmami nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Nie pragnę też przyłączać się do osób, które więżąc reżysera w jego własnym stylu każdą próbę odstępstwa uważają za świętokradztwo. Nie da się jednak ukryć, że dzięki powrotowi do NY i czerpaniu ze swoich poprzednich dzieł udało się przyrządzić Allenowi naprawdę smakowite danie.

„Whatever Works” to jeden z tych nielicznych filmów, w których podobało mi się w zasadzie wszystko. Evan Rachel Wood zachwyciła mnie swoją dojrzałością, udowadniając, że między kolejnymi skandalami jest w stanie zabłysnąć (i to nawet przy Patricii Clarkson) – a trzeba przyznać, że rola Melody, wbrew pozorom, wcale nie była taka prosta. „Stary” znajomy - Henry Cavill - po prostu obezwładnia urokiem osobistym i ma zadatki na całkiem dobrego autora (oby tylko szybko ktoś dał mu szansę naprawdę pokazać na co go stać). Natomiast Patricia Clarkson to wisienka na torcie i jeszcze długo na samo wspomnienie Marietty dostawał będę ataku śmiechu.

Allenowski humor to zresztą najmocniejsza strona filmu. Nie pamiętam kiedy ostatnio tyle razy wybuchałem śmiechem i nie mogłem się zdecydować, który tekst z filmu był najśmieszniejszy. Staruszek Woody wciąż jak nikt inny potrafi bardzo bystre i mądre obserwacje na temat świata ubrać w kostium żartu i ironii, używając dowcipu jako nośnika dla naprawdę ważnych przemyśleń. Na plus należy zapisać także to, że chociaż Allen we własnej osobie nie pojawia się w filmie (rolę geniusza-egocentryka obsadzono Larrym Davidem), to jego obecność można wyczuć w prawie każdej scenie.



Jedyny minus filmu jest taki, że po jakichś 80% filmu całość trochę siada. Ja jednak proszę o więcej takich błyskotliwych, mądrych, bezpretensjonalnych i diabelsko zabawnych filmów. Najlepszy film Allena od czasu „Przejrzeć Harry’ego” i jedna z najlepszych amerykańskich komedii ostatnich lat.  

Moja ocena: 9/10