Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscary 2012. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lutego 2012

Wild Life (2011)

[DVD/INNE]


Nudnawa, narysowana natarczywą kreską animacja, w której pełno nieudanych kompozycji kadrów. O czym miała opowiedzieć? O tym, że Brytyjczycy byli kiepskimi osadnikami? Czy o tym, że ludzie potrafiący czytać, nie powinni brać się za prowadzenie gospodarstwa, bowiem człowiek posiadający tę umiejętność jest ignorantem wobec natury, za co spotyka go zasłużona kara? Czy jednak o lenistwie, złudnych marzeniach nie popartych umiejętnościami, przez co człowiek wpada w pułapkę iluzji i kłamstw?  Wszystko to, o czym chcieli powiedzieć twórcy zostało już powiedziane w ciekawszy, lepszy sposób.

Moja ocena: 4/10 

wtorek, 28 lutego 2012

Strasznie głośno, niesamowicie blisko / Extremely Loud and Incredibly Close (2011)

[DVD/INNE]


Bardzo bałem się tego filmu Daldry’ego. Wielbię „Godziny”, bardzo lubię opowieść o młodym adepcie sztuki baletowej, ale „Lektor” z ukochaną  Kate Winslet to film wywołujący mój najszczerszy sprzeciw. Jego główną tezę uważam za tak dalece niestosowną, że wstyd mi za reżysera i aktorów, którzy w tym filmie wystąpili.  Do tego reakcje krytyków na film były dość skrajne.   

Ze sporą częścią krytyki nie sposób się zresztą nie zgodzić. Film bardzo często popada w ckliwe, melodramatyczne tony, które są papką dla Amerykanów, dla pozostałych zaś idealnym narzędziem do wywołania wymiotów. Bullock niestety nie jest dobrą aktorką dramatyczną, co tutaj udowadnia aż za mocno.
Są jednak filmy, jak chociażby „Lista Schindlera”, gdzie patos i ckliwość da się przełknąć. Daldry na tyle sprawnie operuje tym wszystkim, że gdyby za ten scenariusz wziąłby się ktoś inny, to pewnie nie dałbym więcej niż słabe 6. Poza tym sama opowieść o zderzeniu i bardzo powolnym godzeniu się z umieraniem jest mimo wszystko dość wartościowa, przykuwa uwagę. Po części dzięki świetnym zdjęciom i muzyce (która miejscami za mocno  przypominała mi ilustrację do „Godzin”), spory udział ma w tym też Horn, który sporo musi się jeszcze nauczyć, jednam na potencjał, aby kiedyś być dobrym aktorem. Świetnie oddal trudności, z którymi zmierzyć musi się Oscar. Z dzieciaków grających w głośnych filmach w ostatnim roku spodobał mi się najbardziej (swoją drogą chłopak ma niesamowite oczy).  Kilka scen moim zdaniem ukradł o wiele bardziej doświadczonym aktorom. Von Sydowa jest kapitalny, Davies też za nic pieniędzy nie wzięła.

Szkoda jednak, że scenariusz nie został lepiej przemyślany. Gdyby skonstruować go tak, aby to historie Blacków stały się głównymi ogniwami łańcucha narracji, a opowieść o Oscarze dodatkowym, przenikającym je kręgosłupem, wtedy film stałby się kinem niezwykłym. Niestety, wybrano drogę nazbyt oczywistą, oczojebną wręcz, przez co koniec końców znaczna cześć potencjału obrazu została pogrzebana pod gruzami oczywistości.  Mimo wszystkich wad, „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” jest filmem, który potrafił mnie zatrzymać na chwilę.

Moja ocena: 7-/10   

The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore (2010)

[DVD/INNE]


Jeden z najpiękniejszych filmów krótkometrażowych, jakie w życiu widziałem. Może nawet najpiękniejszy.  Wspaniała, zaprawiona goryczą, bardzo intertekstualna opowieść o życiu, pasji, przemijaniu. Czasem nasza egzystencja, wbrew woli samych zainteresowanych, układa się inaczej, niż byśmy tego chcieli, się tego spodziewali. Czasem zastajemy „wrzuceni” w sytuację niechcianą, nową, trudną do usystematyzowania, ogarnięcia. Mamy wtedy przed sobą dwie drogi: albo poddać się rozpaczy, zniechęceniu, żyć bez sensu karmiąc się frustracją, albo nawet w takiej sytuacji spróbować znaleźć coś, co stanie się naszym kołem ratunkowym, bańką chroniącą przed zobojętnieniem i bezsensem.

Dla bohatera tej krótkometrażówki są to książki. Stają się one dla niego tym, co nadaje sens jego życiu, pomaga wstać z łóżka, nie poddawać się marazmowi. Jednak w tym ładnym obrazu jest miejsce na gorycz. Gdyby nie owo „wrzucenie” w daną sytuację, życie bohatera mogłoby potoczyć się inaczej, w zgodzie z innymi marzeniami, pragnieniami. Jest to trochę opowieść o „lubieniu tego, co się ma”  a  nie „posiadaniu tego, co się lubi”. Różnica jest przecież kolosalna. Jednak życie nie toczy się wedle naszych zachcianek. Czasem bywa ich jawnym zaprzeczeniem i wtedy musimy zdecydować, jak odnajdziemy się w, czasem tak brutalnej, rzeczywistości. Ten film to również opowieść o poświęceniu, dawaniu radości innym. Także o śmierci, i o tym, że koniec końców jesteśmy tylko małym elementem w barwnym witrażu życia. Zajmujemy miejsce, które nie było nasze i naszym nie pozostanie.

 A to wszystko pięknie zilustrowane, zabarwione świetną muzyką i opowiedziane w zaledwie 16 minut. Niejeden pełnometrażowy film można by obdzielić znaczeniami tego cudownego obrazu. Zasłużony Oscar.  

Moja ocena: 10/10 + film trafia do ulubionych.   

piątek, 24 lutego 2012

Hugo i jego wynalazek / Hugo (2011)

Michał Walkiewicz napisał w swojej recenzji tego filmu, że mało jest w nim Scorsesego. Ja zgodzić się z tym nie mogę. Reżyser pozostaje bowiem najbardziej wierny samemu sobie, a raczej tej części siebie, która jest lubiącym przydługie opowieści narratorem-bajarzem. Opowieść o Hugonie przedstawia nam w ten sam sposób, w który opowiadał o tożsamości Nowego Jorku czy ekscentrycznym milionerze-lotniku. Owszem, akcenty zostają miejscami inaczej rozłożone, sama opowieść jednak niewiele na tym zyskuje. Scorsese jest niewolnikiem własnego stylu, przez co "Hugon" dużo traci.
Jednak tym, co mnie przeszkadzało najmocniej jest to, że reżyser jeszcze bardziej niż samemu sobie, zawierzył technice. Scenografia i efekty specjalne miejscami zapierają dech, zdjęcia dopieszczone są do granic możliwości. Scorsese zrobił bodajże najbardziej efektowny film w swojej karierze. Jednak podobnie jak naprawiany przez Hugona robot, sam film poza genialna konstrukcją pełną trybików nie posiada duszy, a filmowa magia sprawia wrażenie spreparowanej, niczym trup z kostnicy, który został po mistrzowsku przypudrowany. Brzmi to nieco banalnie, ale tak właśnie czułem się oglądając „Hugona”. Scorsese zafundował nam ładną, nostalgiczną podróż w czasie, sprytnie maskując bezduszność swego dzieła.

Skłamałbym jedna pisząc, że film mi się nie podobał. Jednak najwięcej przyjemności dały mi wątki podoczne, jak historia nadzorcy kolejowego i kwiaciarki Lisette czy wizyty w niezwyklej księgarni pana Labisse. Takie smaczki nadały „Hugonowi” charakteru. Jednak jako całość, ten wielki hołd złożony pasji, nie ujął mnie tak, jak mógłby to zrobić, gdyby reżyserią zajął się ktoś inny. Ktoś, kto zamiast preparować magię, tchnąłby ją naprawdę w tę opowieść.

Moja ocena: 7/10

piątek, 10 lutego 2012

Albert Nobbs (2011)

[DVD/INNE]


Jeszcze nie tak dawno temu, nowonarodzone dziecko miało przed sobą dwie podstawowe możliwości: urodzić się w rodzinie bogaczy i przy odrobinie szczęścia (o ile ojciec lub mama nie byli uzależnieni od hazardu lub opiatów) przeżyć życie w dostatku i zbytku, albo mieć pecha i być dzieckiem służącej, lokaja i praktycznie być skazanym na ten sam los. 

Dla mnie „Albert Nobbs” jest o wiele ciekawszym filmem, jeśli rozpatrzymy go w kategorii mini fresku obrazującego społeczeństwo sprzed narodzin silnej klasy średniej, aniżeli portret tylko i wyłącznie głównej bohaterki. Rozpatrując tylko ten drugi aspekt, wciąż otrzymamy film niezły, ale nie do końca zadowalający. Reżyser narzucił swojemu dziełu formę ocierającą się (ale tylko ocierająca się) o mozaikową konstrukcje filmową, za którą nie przepadam. Jej użycie ma większy sens, kiedy weźmie się pod uwagę ów pierwszy, dla mnie ciekawszy i ważniejszy, aspekt filmu.

Fabularnie „Nobbs” to raczej sztampowy obraz (tak, mimo płci głównego "bohatera"). Trudno mi też do końca ocenić aktorstwo Close, a to przez charakteryzację, która wyświadcza jej trochę niedźwiedziaą przysługę (no, ale ona ma chyba najmniejsze szanse na Oscara w tym roku, bo walka i tak rozegra się między Streep i Williams, Davis przypadła rola czarnego konia, bez podejrzeń o rasizm proszę:P). Największym zaskoczeniem jest dla mnie Wasikowska. Wciąż uważam ją za nieco niedorobioną, młodszą wersję Paltrow, ale po „Alicji” myślałem, ze utonie, a tymczasem dziewczyna radzi sobie naprawdę dobrze.

„Albert Nobbs” plasuje się gdzieś pomiędzy niezłym, a bardzo dobrym kinem. Wiele osób znajdzie w nic coś ciekawego dla siebie; mnie zaciekawił właśnie wątek społeczny, ale równie dobrze można bronić np. wartości filmu w kwestiach feministycznych chociażby. Niemniej, raczej szybko o nim zapomnę.  

Moja ocena: 7/10

piątek, 3 lutego 2012

Giganci ze stali / Real Steel (2011)

[DVD/INNE]


Może dlatego, że jako dzieciak wolałem takie filmy jak „Stand by me” niż „E.T”, „Giganci ze stali” nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Co nie znaczy, że nie bawiłem się na nich przednie i gdybym miał dziecko, to pewnie zabrałby je na taki film do kina. Przede wszystkim musze pochwalić dynamikę filmu. Sceny walki zrobione są lepiej niż we większości filmów o boksie, jakie widziałem. Emocje miejscami są wręcz namacalne. Do tego Jackman, którego lubię, spisał się znakomicie. I być może gdyby film był odrobinę krótszy (130 minut dla dzieciaków to chyba trochę za długo?) i nie zaliczył po drodze tylu schematów, to spodobałby mi się bardziej. Film ma dodatkowo kilka zabawnych i kilka w miarę wzruszających scen. Podejrzewam też, że niejeden chłopiec chciałby mieć takiego robo-kolegę:)

Nie rozumiem tylko dlaczego wybrano boks. Dla mnie jest to jedna z najdurniejszych dziedzin „sportu”. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ludzie płaca kasę, aby pooglądać jak jeden facet pierze drugiego. To obrzydliwe.

Moja ocena:7/10 

sobota, 28 stycznia 2012

Artysta / The Artist (2011)

Na sukces „Artysty” patrzę jak na swego rodzaju kuriozum. Wdzięczne, miłe dla oka, dość proste nawet do wytłumaczenia.  Być może i „Michel Hazanavicius dokonał rzeczy niesamowitej: przywołał siłę starego kina, z odrobinę zblazowanych canneńskich widzów czyniąc ponownie publiczność naiwną

Mnie jednak nie oczarował. Hollywood kocha autotematyczne opowieści. A jeśli zrobimy z tego opowieść ku pokrzepieniu serc (tylko czyich tak naprawdę?) to sukces mamy murowany. Nie zmienia to jednak faktu, ze „Artysta” to cholerny banał walący po oczach każda sekundą swojego trwania, a jakoś skończyła mi się już cierpliwość do dawania taryfy ulgowej filmom tylko dlatego, że ich twórcy wybrali sobie taką, a nie inna poetykę. „Drive’owi” nie odpuściłem braku dobrej historii, „Artyście” też nie odpuszczę. Gdyby Hazanavicius przy pomocy tych samych środków opowiedział ciekawą historię to miałby mnie w kieszeni, bowiem na kinie niemym wychowałem się w czasach, kiedy w domu miałem 3 kanały i żadnego wybory niż oglądanie filmów niemych właśnie. Takich filmów jak „Artysta” swego czasu było na pęczki, ba, nawet lepszych. Jedną rzecz mogę bez zastrzeżeń pochwalić: muzykę. Jest ona dusza tego projektu i jak dla mnie śmiało może zgarnąć Oscara.


Nie twierdzę, że „Artysta” to złe kino. Owszem, film jest nieźle pomyślany, dobrze zagrany, miejscami zabawny i uroczy. Co nie zmienia faktu, że wszystkie wyróżnienia jakie zdobywa, to efekt chwilowej mody. A kiedy minie, wszyscy nagle będą się pytać, jakim cudem taki film mógł (prawie?) zdobyć Oscara. O przyznawaniu hurtowych nominacji świadczy chociażby ta za scenariusz. Sorry, ale w takim razie „jestem numerem 4” tez powinien dostać, bo scenariusze tych filmów prezentują podobny poziom.


„Artysta” może być przyjemnym filmowym doznaniem, jeśli obejrzymy go bez kontekstu tych wszystkich nagród. Odrobina nostalgii i humoru, świetnej muzyki i bardzo dobrego aktorstwa wystarcza, aby dać się na chwilę troszeczkę uwieść.  Jednak tylko „na chwilę” i tylko „troszeczkę”.

Moja ocena: 7/10