wtorek, 9 sierpnia 2011

Rango (2011)

[DVD/INNE]

Gore Verbinski strzelił w dziesiątkę decydując się na realizację „Ranga”. Raz, że zrobił najlepszy film w swojej dotychczasowej karierze, dwa zatarł nieprzyjemny posmak po 2. i 3. części „Piratów z Karaibów”, trzy zrobił jedną z najlepszych animacji roku.



„Rango” mimo że zaczyna się leniwie i mało „bajkowo”, w pewnym momencie przeradza się w rozrywkę na najwyższym poziomie. Nawet trudno opisać klimat   rodem z najlepszych westernów, jaki Verbinskiemu udało się stworzyć; co chwile widz natrafia na jakiś niesamowity detal. Animacja jest zabawna, ale nie zamienia się w błazenadę. Postaci, chociaż bazują na schematach, są ciekawe i nie sposób ich nie polubić. Sceny akcji trzymają w napięciu. Jeśli mam być szczery, to „Rango” oglądało mi się o wiele lepiej niż większość letnich hitów.  Johnny Depp ma spory talent do podkładania głosów; ostatnio zdecydowanie wolę go słuchać niż oglądać.



Nawet jeśli miejscami „Rango” nie jest animacją, którą poleciłbym najmłodszym widzom, to nie będę krył, że przez 75% czasu bawiłem się pierwszorzędnie. Nie przepadam za westernami, ale tym razem  Verbinskiemu i spółce udało się tchnąć w obraz tyle życia , że skapitulowałem.   

 Moja ocena: 8/10   

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Zakazane miłości (2010) ¥

[KSIĄŻKA]

*Zakazane miłości* ~ Marta Konarzewska / Piotr Pacewicz
Tytuł oryginału: -

Stron: 318   przekład: -
Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

W założeniu miał to być blog sygnalizujący również to, co czytam, ale od kilku miesiacy tonę w stercie książek o wampiryzmie (a mój licencjat wciąż tworzy się i tworzy, a końca nie widać), a wystarczy, że muszę je czytać, nie mam zamiaru jeszcze o nich pisać. W tzw. międzyczasie coś tam jednak w ramach odskoczni przeczytam (ostatnio poczytuję "Atlas Śródziemia", znów zmierzyłem się także z "Władcą Pierścieni"), więc coś tam o pozycjach przeczytanych po raz pierwszy skrobnę. 

O Konarzewskiej zrobiło się głośno po publikacji „Jestem nauczycielką, jestem lesbijką”. Pacewicza zaś specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wspólnie postanowili stworzyć książkę, która pokazałaby, jak wiele par wymyka się tradycyjnemu pojmowaniu związku. Swoimi bohaterami uczynili nie tylko osoby mniej lub bardziej związane z LGBTQ, ale również np. wielbicielkę BDSM czy kobietę ze wzajemnością zakochaną w księdzu. Znalazło się tu również miejsce na tak egzotyczne rzeczy, jak wywiad z Romanem Giertychem. Sama książka właśnie w lwiej części składa się z wywiadów; bohaterowie mówią własnym głosem – mniej lub bardziej ciekawym.


Mnie osobiście najbardziej zaciekawiła właśnie „Kochając księdza”. Cała książka jest ciekawą pozycją dla kogoś, kto chciałby dowiedzieć się, jak wygląda proces poznawania, zakochiwania się, radzenia sobie z uczuciami u osób, które społeczeństwo z różnych przyczyn spycha na margines. Największą zaletą książki jest to, że pokazuje pewną prawdę, a mianowicie, że wrogość społeczeństwa dla tych osób często rodzi się z niewiedzy, niemożliwości przyswojenia innego wzorca niż ten główny. Lekko zarysowuje problem autohomofobii czy ogólnie autofobii społeczeństwa LGBTQ. Unaocznia również, jak bardzo uboga jest w naszym języku siatka pojęć używana do opisu wyżej wymienionych osób. Całość czyta się szybko i bez zgrzytów. Jeżeli ktoś chociaż trochę interesuje się tą tematyką, to jak najbardziej warto sięgnąć – początkujący rozwiną skrzydła, a zaprawieni czytelnicy/obserwatorzy też coś dla siebie wydłubią, a w najgorszym wypadku przeczytają całkiem szczerą książkę (chociaż taki rozdział jak „Lova lova i te sprawy” to pozerstwo w kiepski wydaniu).       

niedziela, 7 sierpnia 2011

Jestem miłością / Io sono l'amore (2009)

[DVD/INNE]

 Ten film jest jak kolacja w drogiej rzymskiej restauracji. Potrawę podano na pięknej porcelanie, została ona z najwyższą starannością udekorowana przez samego szefa kuchni, a w tle słychać piosenki Elisy Toffoli. Problem polega na tym, że do głównego dania ktoś zapomniał dodać przypraw. Całość zamienia się więc w nieciekawą wyprawę, mimo pięknych dekoracji 





Nie potrafię zrozumieć zachwytów nad tym filmem. Co z tego, że został nakręcony według prawideł dawnej sztuki filmowej, skoro nie wypełniono go treścią godną większej uwagi? Zdjęcia są prześliczne, kostiumy Tildy zwracają na siebie uwagę (ale za co, na GaGę, ta nominacja do Oscara?). Rozumiem, że Akademia chciała jakoś film wyróżnić, ale lepiej było już nagrodzić zdjęcia). Owszem, film naprawdę ogląda się, jakby był z nieco innej epoki (poza scenami erotycznymi). Jednak sama historia, jakże klasyczna przecież, nie wybija się niczym ponad przeciętność. Znów mamy rodzinę, która rodziną jest tylko z nazwy, przystojnego młodego mężczyznę, który roznieca w starszej od siebie kobiecie ogień pasji i tragedię, która jest tak oczywista, że aż śmieszna. W pewnym momencie film zatrważająco przypomina chociażby „Skazę” z 1992 roku, a poza tym dziesiątki innych obrazów (nawet jeśli to efekt zamierzony, to trudno to zaliczyć do zalet).



Nie przeczę, filmowi nie brakuje pięknych detali. Swinton trzyma swój aktorski poziom (i nie pamiętam, kiedy ostatnio wyglądała równie kobieco), ale wartość tego obrazu dla mnie sprowadza się tylko do formy, treści brak bowiem wyrazistości i smaku.  Zdaję sobie sprawę, że niektórzy mimo wszystko tęsknią za takimi klasycznymi propozycjami. Ja do nich nie należę. Przynajmniej nie tym razem.  

Moja ocena: 6/10  

piątek, 5 sierpnia 2011

Czysta krew / True Blood Seria 2 (2009)

[Serial]


„Czysta krew” to dowód na to, że czasem nie warto skreślać serialu po pierwszej serii; im dalej w las, tym ciekawiej może się robić.



Przede wszystkim brawa dla scenarzystów za to, że zdecydowali się stworzyć dwukierunkową fabułę (w pewnym momencie nawet trzykierunkową). Dzięki temu nie jesteśmy maltretowani debilizmem Sookie, a pozostałe postaci mają szasnę sobą zainteresować. Pojawiają się małe, co prawda, ale jednak – elementy makabry. Nieźle ukazano Bractwo Słońca, nietrudno dopatrzeć się tu odniesień do współczesnych radykalnych grup wyznaniowych. Szkoda tylko, że Godric tak szybko znika. Akurat tę postać można by nieco rozwinąć.
Ciszę się, że w serialu pojawia się Rachel Evan Woods; ostatnio coraz bardziej ją lubię i mam tylko nadzieję, że nie przestanie otrzymywać ofert kinowych. Jest zdecydowanie za dobra, aby utknąć w HBO na stałe.  

Mehcad Brooks 


Druga seria „Czystej” jest dwa razy ciekawsza, zdecydowanie lepiej przemyślana (pomijam już ekstremalną dawkę golizny; mięśnie Mehcada Brooksa są wręcz niedorzeczne:/ eh, miliony chłopaków na całym świecie pewnie mu zazdroszczą),   niż pierwsza. Szkoda, że trzecia to raczej powrót do nijakości (przynajmniej po 5 pierwszych odcinkach taka konkluzja mi się nasuwa).  

Ocena serii 2.:  7+/10

Zaś ocena samego serialu podskoczyła  z 5 do 6.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki / Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull (2008)

[DVD/INNE]


Uff. Co za porażka. Czy Spielberg kiedykolwiek w swojej karierze upadł tak nisko (poza „Wojną światów”)? Przy „Indianie Jonesie i Królestwie Kryształowej Czaszki” nawet najbardziej nieprawdopodobne sceny z „Transformesów 3” stają się nagle logiczne i zupełnie naturalne.



Ale nie to jest największą wadą tego niesmacznego filmu. Otóż ulepiony jest on z najbardziej flagowych dla gatunku elementów. Znajdą się tacy, dla których to będzie zaleta filmu. Znajdą się i ludzie podobnie do mnie, którzy uznają, ze co za dużo, to nie zdrowo. Nawet kino przygodowe nie stoi w miejscu a próba realizacji go wedle przepisu z lat 80. Bez minimalnych chociaż zmian czy przeróbek musi powodować niestrawność. Fabuła jest tak wtórna i przewidywalna, że ciekawszą rzeczą podczas seansu było oglądanie mojego śpiącego psa niż to, co dzieje się na ekranie. Każda kolejna scena bije na łeb głupotą poprzednią. Można naciągać prawa fizyki i logikę, ale w pewnym momencie poziom kretynizmu tego filmu aż bolał. O wiele ciekawiej oglądało się już „Anioły i demony” czy nawet „Kod da Vinci”, ba, nawet „Piratów z Karaibów” (poza drugą częścią, która jest jeszcze gorsza niż to dzieło Spielberga”.



Nigdy nie byłem fanem Jonesa. Miałem jednak nadzieję na minimum przyzwoitości, udział Cate też był przekonujący (chociaż ostatecznie nawet ona była rozczarowująca). Całe szczęście, że Kamiński znów zrobił świetne zdjęcia. Jeśli już ktoś naprawdę musi, niech obejrzy, podnieca się takim kinem. Ja dziękuję.

Moja ocena: 4/10

Sex story / No Strings Attached (2011)

[DVD/INNE]


Na „Sex story” zdecydowanie najlepiej wyjdzie Natalie Portman. Zaraz po oscarowej roli wypuściła na rynek film, który nie będąc klapą pomoże jej uniknąć spojenia w pamięci widzów z rolą u Aronofsky’ego.



Jeszcze jakiś czas temu wierzyłem, że w mainstreamowej komedii romantycznej nastąpi w końcu jakiś przełom.  Potem okazało się, że przełom jest, owszem, ale w odniesieniu do ilości golizny w tychże filmach. Teraz nawet już o dobrą goliznę ciężko. A szkoda, odwróciła by ona uwagę od kolejnego do bólu schematycznego scenariusza, nudnawych postaci drugoplanowych, które budowane są po najmniejszej linii oporu (vide postać geja). Kutcher i Portman wydawaliby się idealną parą do takiego filmu. A jednak coś między nimi nie gra. Bohaterka Natalie wkurwiająca zresztą była okrutnie.



W całej tak zwanej „komedii” są dwie, może trzy śmieszne sceny ( „keep bleeding, keep, keep bleeding love” i okulary 3d), które jeszcze bardziej podkreślają nudę całości . Nie jest to co prawda film tak zły jak „Kobiety pragną bardziej”, ogląda się go znacznie przyjemniej, to jednak po seansie miałem poczucie zmarnowanego czasu.

Moja ocena: 4/10

Lakier do włosów / Hairspray (2007)

[DVD/INNE]


Ha! „Lakier do włosów” to istny fajerwerk pozytywnej energii, zdecydowanie jeden z tych filmów, do których można wracać często niezależnie od pory roku, czy samopoczucia. John Travolta po raz pierwszy w życiu rozwalił mnie doszczętnie. Wystarczyło tylko na niego spojrzeć i już wybuchałem niepochamowanym śmiechem. Michelle  Pfeiffer idealnie nadaje się do roli suk, czego ten film jest idealnym przykładem.



Nie będę owijał w bawełnę, ja kupiłem „Lakier do włosów” z całym dobrodziejstwem inwentarza: cudowną, kiczowatą otoczką, nachalną lekcją tolerancji i równości,  nawet z Zackiem Efronem. Jedynym minusem jest dla mnie to, że piosenki – owszem – wpadają jednym uchem, ale nie zagrzewają na dłużej miejsca w pamięci. Podczas każdej sceny muzycznej sam podśpiewywałem i tupałem nogą w rytm piosenek, jednak już następnego dnia po projekcji miałem trudności z odtworzeniem więcej niż dwóch piosenek. Jeszcze rola Amandy Bynes mogłaby być bardziej rozbudowana, bo akurat w takim kinie ta aktorks jest całkiem dobra. Fajne było natomiast to, że James Marsden (podobnie jak w "Zaczarownej") kpi trochę sam z siebie.  



Nie zmienia to faktu, że w swojej kategorii jest to jeden z lepszych filmów ostatnich lat. Uroczy, naiwny, kiczowaty i pełen radości, czyli wszystko ma na swoim miejscu. Teraz już tylko zostaje mi polować na wersję z 1988 roku^^

Jeżeli ktoś szuka energetycznej bomby o właściwościach poprawiających nastrój, to niech pędzi po ten film. Warto.

Moja ocena: 7/10