Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2012

¥ Kochanek Czerwonej Gwiazdy

[KSIĄŻKA]

*Kochanek Czerwonej Gwiazdy* ~Witold Jabłoński~
Tytuł oryginału: -
Stron: 175 przekład: -
Wydawnictwo: Abiekt.pl (2011)



Po „Uczniu czarnoksiężnika” chciałem dać sobie spokój z Jabłońskim, jednak zamieszanie wokół „Kochanka Czerwonej Gwiazdy” sprawiło, że trochę wbrew sobie po tę książkę sięgnąłem. W sumie nie żałuję, z jednym zastrzeżeniem – książka jest zdecydowanie za droga. Niecałe 200 stron w twardej oprawie za 40 zł?  A później ludzie się dziwią, że Polacy tak rzadko zostawiają swoje pieniądze w księgarniach.

Sama zaś opowieść to zdrowa przeciętność. W literaturze i kinie już nie raz spotkałem się i z tematem księży porzucających sutannę i z miłością homoseksualną wśród księży i z historią kobiety, która kocha geja, przez co nie może ułożyć sobie życia z innym. Zestawienie miłości Aleksa i Andrzeja jest zbyt oczywiste, zwłaszcza, że ten pierwszy zostaje potraktowany trochę niesprawiedliwie – dano mu zdecydowanie za mało miejsca. Bohaterowie Jabłońskiego, już p raz kolejny, są powierzchni. Zbyt łatwo poddają się ocenie, brakuje mi w nich czegoś, dzięki czemu unikaliby łatwemu szufladkowaniu. Najciekawszą osobą w tym homoromansie jest kobieta, aktorka zakochana w młodym kleryku-geju. Z jednej strony wie, że jest na straconej pozycji, nie przeszkadza to jej jednak działać dwulicowo; niby chce pomóc zakochanym, ale robi to dla własnej korzyści mając nadzieję, że jeśli romans z sowieckim żołnierzem skończy się z hukiem, ona stanie się ramieniem do wypłakania i wślizgnie się w życie ukochanego.

Tak się dziś sprzedaje książki:]
Nie wiem też czemu Szot zdecydował się na umieszczenie akurat tych ilustracji. Moim zdaniem kiepsko pasują do tej historii, a i na mnie najmniejszego wrażenia nie zrobiły.Książkę czyta się szybciutko, można ją skończyć w jeden dzień. Szkoda tylko, że jest tak droga, drugi raz aż takich pieniędzy bym na nią tak szybko nie wydał. Trzeci raz na Jabłońskiego już raczej się nie zdecyduję. 

Moja ocena: ***/6

poniedziałek, 19 marca 2012

¥ Elżbieta Wielka

[KSIĄŻKA]




*Elżbieta Wielka* ~ Stanisław Grzybowski~
Tytuł oryginału: -
Stron: 264 przekład: -
Wydawnictwo: Ossolineum (2009)


Jakiś czasem temu, po lekturze biografii Stanisława Augusta, chwaliłem zarówno autorkę owej książki, jaki i wydawnictwo Ossolineum. Tamta biografię postrzegam jako wzorcową, natomiast „Elżbietę Wielką” pióra Stanisława Grzybowskiego śmiało mogę umiejscowić na przeciwległym biegunie.

Jeżeli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego córka Henryka VIII zyskała sobie przydomek „Wielka”, a czasy jej  panowania określa się mianem „Złotego wieku”, to raczej straci czas. Elżbieta widziana oczyma autora to kobieta ograniczona, sfrustrowana seksualnie, która na tron zaprowadził smutny zbieg okoliczności. Autor, co po prostu nie może mieć miejsca w dziele naukowym, jest wyraźnie uprzedzony do osoby Elżbiety, natomiast nie szczędzi pochwal wszystkim jej przeciwnikom. I tak królowa może i znała języki, ale powierzchownie. Nad rządzenie państwem wolała teatralność i dworskie romanse, do tego była skąpa, a jej jedyna zaleta był dar retoryki. Aż dziwne, że Anglia przetrwała dekady rządów osoby tak ograniczonej.  

Natomiast Maria, królowa Szkocji czy siostra Elżbiety, Maria Tudor, to dopiero były władczynie! Bo i katolickie, i mądre, gdyby ta pierwsza została królową Anglii, ileż dobrego stałoby się dla tego nieszczęsnego, heretyckiego kraju. Nie mam pojęcia, kto książkę wypełnioną takimi bredniami w ogóle wydał w tak zacnym wydawnictwie, jakim jest Ossolineum. Nie oczekiwałem książki pochwalnej wobec Elżbiety, ale obiektywnej biografii pokazującej słabe i mocne strony jej rządów. Niestety, historia jest najbardziej zakłamaną nauką i manipulacja faktami jest tu dziecinnie prosta. Szkoda tylko, że straciłem sporo czasu i pieniędzy, aby się o tym przekonać.   

Moja ocena: **/6

niedziela, 11 marca 2012

¥ Czarne sezony

[KSIĄŻKA]

*Czarne sezony* ~ Michał Głowiński~
Tytuł oryginału: -
Stron:  232  przekład: -
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie (2010)

Zawsze interesowałem się wspomnieniami, świadectwami z okresu II wojny i Zagłady. Od dłuższego czasu (bodajże od „Rozmów z katem”) nic z tej tematyki nie czytałem, a ponieważ w swojej autobiografii Głowiński często odsyła do tomu „Czarne sezony”, postanowiłem go przeczytać.
Krytyka dobrze przyjęła te opowiadania (a może raczej szkice?), podkreślając, że jest to jedno z najciekawszych dzieł przedstawiających wojnę i Zagładę z punktu widzenia dziecka.  W tej kwestii trudno się spierać. Dla mnie osobiście opowiadania te są jednak zbyt rzeczowe. Może wynika to ze stylu encyklopedycznego, który Głowiński swego czasu przyswoił, a od którego nie potrafił się uwolnić. O ile fabularnie ciekawie się to czyta, „Czarne sezony” są dla mnie dziełem zbyt sprawozdawczym. Mamy tu ludzi, zdarzenia, opisy, które mogłoby być przejmujące, czasem intymne, bardzo osobiste. Tymczasem czytając tę książkę miałem wrażenie, że mam do czynienia ze swego rodzaju raportem; wyzutym z emocji. Może Głowiński specjalnie tak przedstawił swoje wspomnienia, gdyż nadanie im bardziej osobistych rysów mogłoby być zbyt trudne dla niego samego. Może chciał przedstawić te wydarzenia jak najbardziej wiernie, a pogłębienie ich w wspomnianym względzie pociągnęłoby je za bardzo w stronę beletrystyki?
Z opowiadań składających się na ten tom najbardziej podobały mi się „Dom pod orłami” (pokazujące, że w człowieku z jednej strony może być miejsce na odwagę i szlachetność, niewykluczające jednak despotyzmu i ignorancji) oraz „Śmierć siostry Longiny” (przypominające, do czego zdolne były ukraińskie bojówki nacjonalistyczne w czasie wojny (a o grzechach Ukraińców tego okresu rzadko się mówi chociażby w podręcznikach do historii).

Moja ocena: ***/6

sobota, 10 grudnia 2011

¥ Stanisław August Poniatowski (2004)

[KSIĄŻKA]

*Stanisław August Poniatowski* ~ Krystyna Zienkowska~
Tytuł oryginału: -
Stron: 452 przekład: -
Wydawnictwo: Ossolineum


Lubię biografie pisane rzez polskich badaczy, które ukazują się w Ossolineum. Wydawnictwo to wciąż jest synonimem rzetelności, dbałości o szczegóły i w swoich publikacjach nie schodzi poniżej pewnego dość wysokiego poziomu. W tę tradycje wpisuje się biografia Stanisława Augusta Poniatowskiego autorstwa Krystyny Zienkowskiej.
Autorka unika gawędziarskiego tylu, który cechuje tylu historyków. Każdy fakt stara się naświetlić z każdej możliwej strony, unikając bazowania na typowych interpretacjach. Nie uderza też w narodowo-świętojebliwe tony nie gloryfikując pewnych toposów naszej historii, ale też nie demonizując ich.
Życie ostatniego króla Poniatowskiego przypadło na ważne czasy, wiele ciekawych i dramatycznych wydarzeń miało wtedy miejsce, a Zienkowska opowiada o nich wszystkich wyczerpująco, ciekawie, bez natrętnego fabularyzowania i gawędziarstwa. Zacna, ciekawa i bardzo dobrze napisana lektura.     

Moja ocena: *****/6 

niedziela, 13 listopada 2011

¥ Pisarze nawróceni. Inspiracja duchowa w epoce niewiary (1999)

[KSIĄŻKA]

*Pisarze nawróceni. Inspiracja duchowa w epoce niewiary * ~ Joseph Pearce~
Tytuł oryginału: Literary Converts: Spiritual Inspiration in an Age of Unbelief
Stron: 614 przekład: Robert Pucek
Wydawnictwo:  Fronda



Dałem się zwieść okładce. Liczyłem na ciekawe rozważania na temat duchowej drogi takich pisarzy jak Wilde, Tolkien, Lewis. Wydałem więc moje ciężko wyciągnięte od rodziców pieniądze i pupa. To w sumie sprytny zabieg wydawcy; gdyby umieścił na okładce portrety pisarzy, o których najwięcej napisano w książce pewnie niewiele osób by ją kupiło.

Pomijając to rozczarowanie nie mogę napisać, że „Pisarze nawróceni” to powieść godna polecenia. Sam autor nie ukrywa swoich prokatolickich poglądów, co niestety odbija się na materiale. Chyba od lat 70. panuje w Stanach moda na pisanie dzieł historycznoliterackich, w których odautorskie komentarze, wplatanie własnych opinii jest w dobrym guście. Mnie osobiście trochę to odrzuca, a tak styl zarezerwowany powinien zostać dla eseistyki, ewentualnie książek popularno-naukowych. Skoro badacz nie potrafi zachować obiektywizmu, nie potrafię poważnie jego dzieł traktować. Pearce spycha na margines wszelkie antykatolickie, nawet jeśli bardzo trafne, uwagi, eksponując punkt widzenia, któremu światopoglądowo sprzyja. Przymyka oko na potknięcia swoich bohaterów, wytykając jednocześnie najdrobniejsze błędy ich przeciwników. Ponadto, autor przesycił powieść swoimi komentarzami, duchem świętym i kościelnymi kadzidłami, przez co jest strasznie duszna.

Niemniej kilku ciekawych rzeczy się dowiedziałem, a i z kilkoma wspomnianymi książkami z pewnością się zapoznam. Cenny jest również rys epoki, w której konwersji było naprawdę dużo. Warto więc zastanowić się nad ich przyczynami. Poznawczo jednak ta pozycja mocno zawodzi.
      
Moja ocena: **/6

piątek, 11 listopada 2011

¥ Back in The DDR i inne opowiadania (2010)

[KSIĄŻKA]

*Back in The DDR i inne opowiadania* ~ Andrzej Kasperek~
Tytuł oryginału: -
Stron: 236 przekład: -
Wydawnictwo: Słowo / Obraz Terytoria



Czułbym się niestosownie oceniając książkę własnego polonisty; człowieka o ogromnej wiedzy i sporym talencie do jej przekazywania.  Osoby potrafiącej stymulować do pracy nad sobą w wielu dziedzinach, nie tylko tych ściśle związanych z wykładanym przedmiotem. Skupie się zatem po prostu na tym, co mi się w „Back to DDR” podobało, a co nie.

Przede wszystkim nie przepadam za szeroko pojętą prozą wspomnieniową, która zazwyczaj odrzuca albo autokreacjonizmem, albo zbytnim sentymentalizmem, a często obiema rzeczami na raz. Nie przepadam też za Żuławami, na których spędziłem 8 lat mojego życia, do których bardzo rzadko wracam pamięcią z uśmiechem. Na szczęście zbiór Kasperka nie jest typowym sielankowym wspomnieniem. Sentymentalne spojrzenie nawet jeśli się pojawia nie jest zupełnie wyzute z krytycznego podejścia do wspomnień, a i posmak rozczarowania w pewnym momencie zaczyna być wiodący. Wspomnienia nie są poukładane w logicznym ciągu, książka ma raczej charakter zbioru opowiadań (jak zresztą mówi sam tytuł), które mają za zadanie dać wgląd w pewną nie do końca zarysowaną tu całość; szkicują ją zostawiając sporo miejsc białych.

Jest tu i humor, który zapamiętałem z licealnych lekcji, ale też z pewnością lepiej widzę teraz portret człowieka, którego kiedyś los postawił na mojej drodze. Z pewnością wciąż dostrzegam tylko pewien fragment, jednak zdecydowanie większy niż dotychczas.

Jeżeli ktoś interesuje się Żuławami, prl-owskim Gdańskiem, klimatem studiów w czasach przed Internetem i seansów filmowych doby cenzury z pewnością miło spędzi czas z lekturą   

piątek, 30 września 2011

¥ Bombel (2004)

*Bombel* ~ Mirosław Nahacz~
Tytuł oryginału: -
Stron: 156 przekład: - 
Wydawnictwo: Czarne

Nahacz to był jednak utalentowany pisarz. Do dziś nie mogę przeboleć, że ten młody człowiek się zabił, aczkolwiek szanuję jego decyzję.  Druga w jego dorobku powieść, „Bombel” to poniekąd nowoczesna powieść dygresyjna. Główny bohater, wiejski pijaczek lubujący się w siedzeniu na przystanku, obalaniu różnych, tanich trunków jest postacią równie zabawną, co smutną. Nahacz znakomicie potrafił wykorzystać potencjał komiczny takiego bohatera. Jego dzieło jest szalenie zabawne, pełne ciekawych obserwacji mieszkańców dzisiejszej wsi, którym przyszło żyć w „nowej” rzeczywistości. W warstwie językowej powieść ta miejscami jest fascynująca; co prawda nie zawsze udaje się Mirkowi zabawa słowem na najwyższym poziomie, ale i tak podejrzewam, że niejedna językoznawcza praca dyplomowa mogłaby w oparciu o tę powieść powstać.
„Bombela” czyta się błyskawicznie. Historie, anegdoty, które co chwilę zaburzają główny kręgosłup fabuły wzbogacają tę książkę niepomiernie. Zdecydowanie najzabawniejsza opowieść, jaką w tym roku przeczytałem. I Kawał bardzo przyzwoitej literatury.        


Moja ocena: ****/6 

poniedziałek, 19 września 2011

¥ Czarnoksiężnik z Archipelagu / A Wizard of Earthsea (1968)

[KSIĄŻKA]

*Czarnoksiężnik z Archipelagu* ~ Ursula K. Le Guin
 Tytuł oryginału: A Wizard of Earthsea
 Stron: 189 przekład: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie


Wow! To się dopiero dobra powieść fantasy! Całość zaczyna się dość typowo: bohater sierota (no, półsierota, ale ojciec i tak ma go w czterech literach) stopniowo odkrywa w sobie magiczne moce. Młodzieniec ma ciągoty do władzy, jest pyszny i niecierpliwy. To doprowadzi go na skraj śmierci, ale też paradoksalnie przyczyni się do jego odrodzenia, jako człowieka.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” to mądra, dobrze napisana i wciągająca opowieść o dojrzewaniu do wiedzy i władzy, o nauce pokory, o konfrontacji z przeznaczeniem. Autorka nie idzie na łatwiznę, dzięki czemu udaje jej się stworzyć nietuzinkowych bohaterów. Ged na początku może irytować, lecz tym bardziej zmiana jaka w nim zachodzi jest bardziej autentyczna, a przecież wystawiony będzie jeszcze na niejedną pokusę. Le Guin tworzy dość spójny i logiczny obraz magii, jej natury. Udało się jej również skonstruować w miarę ciekawy świat. Swoją drogą, „Czarnoksiężnik z Archipelagu” miejscami bardzo przypomina Harry’ego Pottera, chociaż amerykańska pisarka uderza w zupełnie inne tony. „czarnoksiężnik” jest zdecydowanie poważniejszy w nastroju, można nawet powiedzieć bardziej dojrzały.
Jeśli ktoś lubi fantasy, a jeszcze nie czytał, to marsz do biblioteki!

¥ Corum: Trylogia Mieczy: Król mieczy / The King of the Swords (1972)

*Król mieczy* ~ Michael Moorcock
Tytuł oryginału: The King of the Swords
Stron: 176 przekład:  Radosław Kot
Wydawnictwo: Amber


Trylogia mieczy kończy się całkiem zgrabnie, chociaż pozostawia czytelnika z uczuciem niedosytu. Akcji niewiele można zarzucić, no może poza pewną wtórnością względem „Królowej mieczy” (czyli znów poszukujemy pewnego miasta podróżując między wymiarami). Szkoda jednak, że tylko część pierwsza utrzymywała równowagę między akcją, a jakością postaci. W części trzeciej nawet Jahry nie jest zbyt ciekawy (Corum zaś zaczyna nudzić ciągłym narzekaniem, jak to jest pionkiem w rozgrywkach bogów), pozostaje zatem tylko dać się ponieść wydarzeniom. A dzieje się wiele. Nie sposób za to odmówić autorowi arcyciekawych uwag o naturze świata, bogów, ludzkiej wyobraźni, czy ludzi w ogóle.
„Król mieczy” jest lepszą książką, aniżeli „Królowa”, chociaż paradoksalnie druga część podobała mi się bardziej, zaś pierwszą uważam za najciekawszą. Cykl „Trylogia mieczy”  to ciekawa propozycja dla fanów fantasy w niegłupim wydaniu. Co prawda, nie zaliczę opowieści o Corumie w poczet moich ulubionych, jednak czas spędzony na lekturze uważam za dobrze spożytkowany.

piątek, 9 września 2011

¥ Reisefieber (2007)

[KSIAŻKA]

*Reisefieber* ~ Mikołaj Łoziński
Tytuł oryginału: -
Stron: 162  przekład:  -
Wydawnictwo: Znak



Gdybym chociaż odrobinę gorzej orientował się w polskiej literaturze najnowszej, to zapewnienia wydawcy, że „takiego debiutu nie było w polskiej literaturze od dawna” uznałbym za znak, że książki w naszym języku stoją na podobnym poziomie, co filmy. Na szczęście tak nie jest. 

„Reisefieber” nie jest książką złą, tylko potwornie wtórną i sztuczną. Nawet trudno było by wskazać na kim konkretnie Łoziński się wzorował, jednak jego styl jest taki sam, jak u dziesiątek innych autorów. Rozpaczliwy wręcz brak świeżego powiewu stylistycznego idzie w parze ze schematycznymi postaciami i jakimiś pseudo psychologicznymi próbami ich tłumaczenia, wyjaśniania, które podejmuje autor.  Ostatnia strona listu matki do Daniela dopełnia katalogu tanich chwytów, których jest w tej książce pełno. 
Z drugiej strony, nie jest to powieść kompletnie zła, powiedziałbym bardziej, ze jest to literatura średnia. Nie rozumiem więc nagród i pochlebnych o niej opinii. Już „Mama odeszła” Oates ciekawiej opowiadała o podobnej sytuacji, kiedy dziecko musi skonfrontować się ze swoim życiem po tym, jak umiera mu matka, a i tamta pozycja nie była książką wybitną. Była jednak bardziej prawdziwa psychologicznie, miała lepszych bohaterów niż papierowe i szablonowe postaci Łozińskiego.
Jeżeli komuś nie żal czasu na przeciętność, to niech czyta. Reszta niech rozejrzy się za innymi pozycjami.        

poniedziałek, 5 września 2011

¥ Jarosław Iwaszkiewicz. Dzienniki 1956-1963 (2010)

[KSIĄŻKA]


*Dzienniki 1956-1963* ~ Jarosław Iwaszkiewicz~
Tytuł oryginału: -
Stron:661   przekład:  -
Wydawnictwo: Czytelnik

Iwaszkiewicz to jeden z tych pisarzy, który jeszcze nie raz będzie odkrywany przez kolejne pokolenia i jako autor, i jako człowiek. Iwaszkiewicz to prawdziwy człowiek orkiestra. Poeta, prozaik, eseista, znawca muzyki i malarstwa. Człowiek uwikłany w politykę, czego zresztą do dziś wielu nie potrafi mu zapomnieć.




Diarystyka, literatura wspomnieniowa to dość atrakcyjna czytelniczo (przynajmniej dla mnie) część piśmiennictwa. Oczywiście świadom jestem pewnych konwencji panujących głównie wśród pamiętnikarstwa. Bardzo łatwo natknąć się też na koturnowe, wystylizowane dzienniki (np. ten Lechonia czy, podobno, Grudzińskiego). Dzienniki Iwaszkiewicza to zupełnie inna bajka.


Drugi tom Dzienników wchodził do polskich księgarni w atmosferze lekkiego skandalu. Otóż bowiem wydano wreszcie tę część spuścizny Iwaszkiewicza, gdzie najpełniej przedstawiony został jego związek, a raczej jego końcowy etap, z Jerzym Błeszyńskim. W moim odczuciu fragmenty dotyczące Jurka to jedno z najbardziej przejmujących i szczerych świadectw miłosnych w polskiej literaturze. Każdy kto czytał „Kochanków z Marony” bez trudu rozpozna, co było inspiracją do napisania tego słynnego opowiadania. Uczucie Iwaszkiewicz i Błeszyńskiego było bardzo niejednoznaczne, czasem wręcz nosi znamię pasożytnictwa, ale nie brak tu i wzruszających, autentycznych zwierzeń mówiących wiele o wadze tego uczucia, jego znaczeniu. Opis ostatnich dni Jerzego czyta się w niesamowitym skupieniu i nie pamiętam kiedy ostatnio literatura była w stanie tak mnie poruszyć.


Ale spokojnie, drugi tom Dzienników to nie tylko niezwykły zapis homoerotycznej miłości. Dziennik ten to istna kopalnia wiedzy o Iwaszkiewiczu jako człowieku w ogóle. Wiele mówi o jego dominującym poczuciu osamotnienia, nawet (a może zwłaszcza) w momencie, gdy otoczony był przez małych i wielkich swojej epoki. W tym tomie Iwaszkiewicz nie ma już złudzeń co do istoty aparatu partyjnego, nie brak goryczy i rozczarowania. Ciekawie wyglądają też relacje pisarza z żoną i córkami – jednoczesnej miłości do nich i poczuciu braku porozumienia, intymności w relacji z nimi. Nie miej małżonka pisarza pozostaje dla niego pewnym symbolem stałości życia, chociaż tak bardzo w jego rozumieniu się mijali w oczekiwaniach i pragnieniach.     

Iwaszkiewicz bardzo krytycznie podchodzi do swoich dzieł, nie brak tu gorzkich słów pod adresem swych płodów, jak i również obawy przed popadnięciem w zapomnienie. On pragnął być docenionym, chciał, aby jego praca przetrwała, a on sam był szanowany.

Bardzo bogato zostało przedstawione tło życia Iwaszkiewicza. Ilość znanych nazwisk przewijających się przez karty Dziennika oszałamia. Erudycja Iwaszkiewicza pozwoliła mu uczestniczyć w rozmowach z największymi ówczesnego świata. Nie brak cennych uwag na temat poszczególnych z nich. Możemy się dowiedzieć, że Jarosław nie cenił zbytnio Gombrowicza, Manna uważał wręcz za słabego pisarza. Podobały mu się natomiast wiersze Stachury. Autor „Matki Joanny od Aniołów” bardzo dużo podróżował, zabiera nas więc w podróże po Europie – jej salonach, muzeach, ale i cichy i spokojnych zakątkach.


„Dzienniki” to zapiski człowieka światowego, które jednak nie tracą nigdy intymnego tonu. To dzieło przedstawia pisarza w bardzo ludzkim, niezmanierowanym świetle. Wydaje mi się, że Iwaszkiewicz całkiem nieźle oparł się pokusie autokreacji, starał się być szczery na tyle, na ile człowiek potrafi być szczery sam ze sobą. Lektura tych kilkuset stron wprawiła mnie w sporą zadumę. Ten pęd do otaczania się młodością, do smakowania życia połączony z pewnym katastroficznym wręcz poczuciem samotności.  


Naprawdę gorąco zachęcam do lektury. Dzienniki dostarczają mnóstwa wiedzy, są zapiskiem wielkiego uczucia, obok którego trudno pozostać obojętnym.   

PS. prawie zapomniałbym o niesamowitej opracy edytorów, którym należą się brawa za trud  włożony w opracowanie Dzienników.

piątek, 2 września 2011

¥ Corum: Trylogia Mieczy: Królowa mieczy / The Queen of the Swords (1971)

[Książka]


*Królowa mieczy* ~ Michael Moorcock
Tytuł oryginału: The Queen of the Swords
Stron: 172   przekład:  Anna i Jan Mickiewiczowie
Wydawnictwo: Amber

Uff, na chwilę znów udało mi się oderwać od wampirów i mojego nigdy-niekończącego-się licencjatu. W zeszłym roku przeczytałem pierwszy tom cyklu, a z racji tego, że miałęm ochotę na niezłą fantastykę od razu wiedziałem gdzie szukać.






„Królowa mieczy” zaczyna się w atmosferze zbliżającej się katastrofy i smutku. Zwycięstwo nad Kawalerem Mieczy nie przynosi euforii, czy nawet poczucia bezpieczeństwa. Corum musi walczyć po stronie Ładu, ciągle palony płomieniem zemsty za wymordowanie rodziny. Władza Ładu wciąż jest bardzo chwiejna w świecie Coruma, dlatego z pomocą Jhary’ego – przyjaciela bohaterów oraz ukochanej Rhaliny Książę w Szkarłatnym Płaszczu będzie musiał udać się do świata złowrogiej Królowej Mieczy.

Wielką zaletą „Królowej mieczy” jest gnająca z zawrotną prędkością akcja. Jedno wydarzenie goni drugie, tak więc nawet nie zwraca się uwagi na czasem niekoniecznie mądre dialogi, a powieść pochłania w zadziwiająco krótkim czasie. Najciekawszą postacią tomu jest właśnie Jhary, z którego ust padają najciekawsze uwagi na temat świata i bogów (na marginesie z opisu postać ta zadziwiająco przypomina Toma Bombadila:D). Szkoda, ze tak mało miejsca poświęcono Gaynorowi Przeklętemu – ten bohater ma odpowiednio tragiczny i demoniczny rys, czego brakowało mi w tej odsłonie.  Pozostałe postaci, niestety, ulegają uproszczeniu w stosunku do pierwszego tomu. Ich kosztem rozszerza się kosmologia i mitologia świata przedstawionego. Bardzo ciekawie przedstawia się zagadnienie kreacjonizmu bogów, którzy są mniej więcej tym, czego oczekują od nich wierzący (chociaż w tym momencie nieco upraszczam sprawę). Równie ciekawie poruszane jest zagadnienie koegzystencji Ładu i Chaosu, gdzie jedno nie może istnieć bez drugiego, a mimo to ten drugi nie uznaje pierwszego. Chaos jest pokazany ze zdecydowanie ciekawszej perspektywy niż Ład, posiadając niesamowite zdolności transformacji, zniekształcania, etc. Daje to trochę do myślenia.

„Królowa Mieczy” wydaje mi się nieco słabsza od „Kawalera”, ale to wciąż kawał bardzo przyzwoitej fantastyki. Niedługo sięgnę zapewne i po „Króla”.      

niedziela, 21 sierpnia 2011

¥ Nieznośna lekkość bytu / Nesnesitelná lehkost bytí (1984)

 [KSIĄŻKA]

*Nieznośna lekkość bytu* ~ Milan Kundera
Tytuł oryginału: Nesnesitelná lehkost byti
Stron: 235   przekład: Agnieszka Holland
Wydawnictwo:  Państwowy Instytut Wydawniczy



Pewnie narażę się niejednej osobie pisząc, że „Nieznośna lekkość bytu” to jedna z tych powieści, która udaje, że jest czymś nieco większym i lepszym, aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Nie zmienia to faktu, że i tak jest to rzecz bardzo dobra, czasami nawet świetna.

Mnie przede wszystkim spodobało się to, że każdego bohatera mogłem odnieść do swojej rzeczywistości. Znałem niejednego mężczyznę, który mógłby być Franzem, a i nieznośna lekkość bytu Sabiny nie jest mi obca. Ich związek, chociaż poświęca się mu znacznie mniej miejsca niż wątkowi Tomasza i Teresy, jest zdecydowanie bardziej intensywny. Sabina zostawiając Franza, pozornie, otrząsa go z popiołów nierzeczywistości. Pokazuje mu okno na jego własne życie, od samego Franza zależeć będzie, jak często przez nie zajrzy. Problem polega na tym, że żaden pejzaż widziany nie przez pryzmat Sabiny dla Franza nie jest wystarczająco intensywny, barwny. Sabina z kolei ucieka przed spełnieniem, oznacza ono dla niej koniec, punkt dojścia, którego nie chce osiągnąć. Świetna jest scena, w której kobieta zdaje sobie sprawę, że jeszcze długich lat słowniki jej i Franza potrzebowałyby na osiągnięcie semantycznej zbieżności.

Teresa natomiast była moją ulubioną bohaterką. Jej lęki, niepewności są wręcz namacalne, bardzo ludzkie, bliskie. Teresę z jednej strony można podziwiać, z drugiej zaś ciągle ma się ochotę, aby zawrócić ją z drogi życia przy Tomaszu. Ten mężczyzna, który swoje kurewstwo próbuje usprawiedliwiać poszukiwaniem tej „jednomilionowej” części kobiety, która odróżnia ją od pozostałych kobiet depcze tę właśnie wyjątkową część, która jest w Teresie. Zresztą oba związki mają w sobie pewną paraboliczność (z wariantywnością rzecz jasna).
O dziwo, nawet filozoficzne wynurzenia o szczęściu czy postaci i opowieści wyjątkowo mnie zaciekawiły. Są prosto i jasno wyłożone, a jednocześnie nie walą po głowie łopatologią.

„Nieznośna lekkość bytu” ma wszystko, czego potrzebuje dobra powieść: klimat, ciekawych bohaterów, zarys głębi, który można badać więcej niż jeden raz. Dla fanów powieści z nurtu psychologii analitycznej, powieści poniekąd politycznej, opowieści o ludziach uwikłanych we własne lęki i słabości. Nie ma tu miejsca na ckliwości czy epatowanie bulwarowym erotyzmem, chociaż czasam robi się pikantnie.

Wydaje mi się jednak, że „Nieznośnej lekkości…” brakuje pewnej monumentalności, czy wielkości po prostu. Czasem miałem wrażenie, że wszystkie dramaty, posunięcia bohaterów są przez autora wykalkulowane z dokładnością aptekarza. Taka literatura mnie nie wzrusza, nie zostaje ze mną na długo, nie wrzyna się w umysł, aby drążyć go przez długie miesiące. To w sumie jedyny zarzut, jaki mogę w tej chwili postawić. Obok „Klubu Dumas” to najlepsza rzecz, jaką w tym roku przeczytałem.        



poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Zakazane miłości (2010) ¥

[KSIĄŻKA]

*Zakazane miłości* ~ Marta Konarzewska / Piotr Pacewicz
Tytuł oryginału: -

Stron: 318   przekład: -
Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

W założeniu miał to być blog sygnalizujący również to, co czytam, ale od kilku miesiacy tonę w stercie książek o wampiryzmie (a mój licencjat wciąż tworzy się i tworzy, a końca nie widać), a wystarczy, że muszę je czytać, nie mam zamiaru jeszcze o nich pisać. W tzw. międzyczasie coś tam jednak w ramach odskoczni przeczytam (ostatnio poczytuję "Atlas Śródziemia", znów zmierzyłem się także z "Władcą Pierścieni"), więc coś tam o pozycjach przeczytanych po raz pierwszy skrobnę. 

O Konarzewskiej zrobiło się głośno po publikacji „Jestem nauczycielką, jestem lesbijką”. Pacewicza zaś specjalnie przedstawiać nie trzeba. Wspólnie postanowili stworzyć książkę, która pokazałaby, jak wiele par wymyka się tradycyjnemu pojmowaniu związku. Swoimi bohaterami uczynili nie tylko osoby mniej lub bardziej związane z LGBTQ, ale również np. wielbicielkę BDSM czy kobietę ze wzajemnością zakochaną w księdzu. Znalazło się tu również miejsce na tak egzotyczne rzeczy, jak wywiad z Romanem Giertychem. Sama książka właśnie w lwiej części składa się z wywiadów; bohaterowie mówią własnym głosem – mniej lub bardziej ciekawym.


Mnie osobiście najbardziej zaciekawiła właśnie „Kochając księdza”. Cała książka jest ciekawą pozycją dla kogoś, kto chciałby dowiedzieć się, jak wygląda proces poznawania, zakochiwania się, radzenia sobie z uczuciami u osób, które społeczeństwo z różnych przyczyn spycha na margines. Największą zaletą książki jest to, że pokazuje pewną prawdę, a mianowicie, że wrogość społeczeństwa dla tych osób często rodzi się z niewiedzy, niemożliwości przyswojenia innego wzorca niż ten główny. Lekko zarysowuje problem autohomofobii czy ogólnie autofobii społeczeństwa LGBTQ. Unaocznia również, jak bardzo uboga jest w naszym języku siatka pojęć używana do opisu wyżej wymienionych osób. Całość czyta się szybko i bez zgrzytów. Jeżeli ktoś chociaż trochę interesuje się tą tematyką, to jak najbardziej warto sięgnąć – początkujący rozwiną skrzydła, a zaprawieni czytelnicy/obserwatorzy też coś dla siebie wydłubią, a w najgorszym wypadku przeczytają całkiem szczerą książkę (chociaż taki rozdział jak „Lova lova i te sprawy” to pozerstwo w kiepski wydaniu).       

wtorek, 31 maja 2011

Niedokończone opowieści / Unfinished Tales (1980) ¥

[KSIĄŻKA]

*Niedokończone opowieści* ~ J.R.R. Tolkien

Tytuł oryginału: Unfinished Tales of Númenor and Middle-earth

Stron: 438 przekład: Radosław Kot

Wydawnictwo: Amber




Jak bardzo głupi jestem, przekonuję się za każdym razem, kiedy rzecz (książka, film, płyta) odkładana przeze mnie zawsze „na później” okazuje się tą, którą powinienem przeczytać „na wczoraj”. „Niedokończone opowieści” kupiłem sto lat temu, jednak dopiero teraz miałem na tyle samozaparcia, aby się za nie zabrać. Właściwie samozaparcie to słowo, które w kontekście Tolkiena razi, Niebo bowiem wyobrażam sobie jako miejsce, w którym siedzę naprzeciwko Profesora, a ten snuje mi kolejne opowieści z krain Valarów.
Bardzo cieszę się, że w końcu po „Niedokończone opowieści” sięgnąłem. Po raz kolejny uzmysłowiłem sobie, jak trudną do ogarnięcia jest spuścizna autora „Władcy Pierścieni”; ile redaktorskiej cierpliwości Christopher musiał wykazać, aby tysiące fanów Śródziemia mogło poznać dodatkowe fakty ze świata wyobraźni jego ojca. 
Oczywiście, „Opowieści” były o wiele większą skarbnicą wiedzy, w czasie, kiedy zostały wydane. Dziś Internet, jak i inne książkowe wydania i opracowania dziedzictwa Profesora (jak chociażby opublikowane w 2007 „Dzieci Húrina”) dają nam o wiele większy wgląd w świat Śródziemia (chociaż czy bez sukcesu „Opowieści” wydano by „The History of Middle-earth”?). Dlatego też niewielu zupełnie nowych rzeczy dowiedziałem się z tej książki. Najciekawszym dla mnie rozdziałem był „Aldarion i Erendis”. Sporo w tym dziele wariantywności (dlatego wielkie podziękowania dla Ch. Tolkien za bardzo cenne komentarze), sporo także wchodzenia w niuanse, etapy powstawania kolejnych opowieści – co najlepiej chyba pokazuje przykład ewolucji opowieści o Galadrieli.

Dlatego też „Opowieści” zdecydowanie nie są pozycją dla kogoś, kto traktuje dzieła Tolkiena jako kolejną lekturę do poduszki. Wydaje mi się konieczną znajomość chociażby (poza „Władcą” i „Hobbitem”)  przynajmniej „Silmarillionu” -  bez bagażu tych lektur „Niedokończone opowieści” staną się tylko zbitkiem urywanych legend i mitów.      

Żałuję tylko, że rozdziały poświęcone Istarim i palantírom nie są bardziej rozbudowane i nawet w połowie nie nakarmiły mojej dociekliwości. Mam za to nadzieję, że dzięki tej lekturze będę bardziej zdeterminowany w poszukiwaniach „Księgi zagubionych opowieści” (której cena na allegro to 200-600 zł – nie mam pojęcia, dlaczego nikt tego nie wznawia, może premiera „Hobbita” coś w tej kwestii zmieni). Póki co, wciąż mam na półce „Atlas Śródziemia”, jak i nieco inne pozycje Mistrza, jak wydaną nie tak dawno po polsku „Legendę o Sigurdzie i Gudrun”.

Podsumowując, „Niedokończone opowieści” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto zachłysnął się światem Tolkiena, który wciąż jest niedoścignionym, najdoskonalszym literackim uniwersum, z jakim dane mi było się zetknąć. Pozostali powinni najpierw zapoznać się z mniej eklektycznym dziełem dotyczącym Śródziemia (z drugiej strony, czy „Silmarillion” też nie jest dziełem eklektycznym?:-) .  
Ja tę pozycję połknąłem - i rozpaliła mój głód na jeszcze więcej.