Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Strong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Strong. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 marca 2012

Szpieg / Tinker, Tailor, Soldier, Spy (2011)

[DVD/INNE]


Jeżeli dla kogoś ten film to „dwugodzinny orgazm”, to jego życie seksualne jest raczej na mizernym poziomie. „Szpieg” to film nudnawy. Anachroniczny. O ile takiemu Polańskiemu w „Autorze widmo” udało się trzymać niezłe tempo, to Alfredsonowi przydałaby się viagra (mimo że jest o wiele młodszy od utytułowanego kolegi). Oldman zagrał znakomicie: jest oszczędny, opanowany, świadomy swojej twarzy, nawet jeśli w kilku scenach jest dość zachowawczy. Hardy również mi się spodobał. Zdjęcia są na wysokim poziomie. Muzyka Iglesiasa ja dla mnie oscarowego poziomu nie pokazuje, no ale cóż.

Kłopot w tym, że dla dzieciaka wychowanego na kryminałach, intryga tego filmu okazała się nudna i nieangażująca. Film ma klimat i jest dobrze zagrany, ale takie preparowanie starych filmów ma  sens, o ile te formę wypełnimy dobra fabuła, dobrym aktorstwem i nadamy opowieści właściwe tempo. Fanom gatunku szpiegowskiego film na pewno bardziej przypadnie do gustu. Ja doceniam starania formalne, ale mimo wszystko trochę za mało było tej mąki, aby zaraz brać się za robienie placka. 

Moja ocena: 5+/10

wtorek, 24 stycznia 2012

Green Lantern (2011)

[DVD/INNE]



Ryan Reynolds ma kapitalne ciało i twarz psiaka, która sprawia, że ma się ochotę do niego przytulić. To wystarczy, aby grać u boku Bullock w komediach romantycznych, jedna trochę za mało, aby być gwiazdą kina „akcji”. Jego postać zresztą jest dość reprezentatywnym elementem samego filmu, który jest być może najgorszym blockbusterem zeszłego sezonu. Szczątkowy scenariusz; pełen patetycznych przemówień i tandetnych scen z ojcem bohatera, tudzież jego dziunią, strasznie niedopracowane efekty specjalne, które często sprawiają wrażenie, jakby pochodziły z poprzedniej dekady czy bardzo wyczuwalna kategoria PG-13. Serce boli, kiedy trzeba oglądać takiego Sarsgaarda w jakże tendencyjnej roli (i znów te relacje z ojcem, brrr). Robbins i Bassett też na stare lata zdecydowali się na aktorską prostytucję.  

Gdzieś tam w tle pobrzmiewa przesłanie o wierze w siebie, sile odwagi, ale nawet sami twórcy chyba byli dość zakłopotani udawaniem, że ktokolwiek o to naprawdę dba. Campbell wydawał mi się do tej pory sprawnym twórca kina akcji, ale po „Zielonej latarni” muszę ten pogląd zrewidować. Lepiej wykorzystac czas oglądając "Kapitana Amerykę" lub nawet "Thora" niż "Zieloną Latrynę".


Moja ocena: 4/10

czwartek, 15 września 2011

Niezwykły dzień Panny Pettigrew / Miss Pettigrew Lives for a Day (2008)

[DVD/INNE]

„Niezwykły dzień Panny Pettigrew” ma w sobie pewien urok, jednak ja przez długi czas nie mogłem się mu poddać. Jest to obraz bardzo teatralny, całość rozgrywa się w ledwie kilku lokacjach, sceny są nieco przydługie i całość nie miała dla mnie większego sensu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że bohaterowie są sympatyczni, jest z czego się pośmiać, a koniec końców film podnosi na duchu. Amy Adams i Frances McDormand są znakomite. Ocena trochę zawyżona, ale co i tam. 


Moja ocena: 7=/10

środa, 27 lipca 2011

Robin Hood (2010)

[DVD/INNE]


Oj, nie do końca wyszedł panu  Scottowi ten Robin Hood. Ridley w między czasie naoglądał się chyba zbyt wielu innych produkcji. Krajobrazów i panoramicznych ujęć nie powstydziłby się „Władca Pierścieni”, a scena przedstawiająca flotę francuską u wybrzeży Anglii łudząco przypomina niektóre ujęcia ze „Złotego wieku”.  Nie to budzi jednak moje największe wątpliwości. 






Scotta należy pochwalić przede wszystkim za to, że mimo zmiany w zamyśle realizacyjnym, mimo wszystko starał się, aby jego obraz miał fabułę, a nie naśladował napierdalankę jaką od dawna serwują nam w wakacyjnym czasie wytwórnię.  Jest i jakaś intryga, i swoista opowieść z cyklu „od zera do bohatera”. Mamy tu i odrobinę historii Anglii w iście hollywoodzkim sosie, zdradę, itd., itp. Wydawałoby się zatem, że mamy do czynienia z interesującym filmem. W tym właśnie momencie zaczynają się schody.



„Robin Hood” jest trochę jak bigos, gdzie kucharka z dobrymi chęciami nawrzucała zbyt wiele składników, aby obyło się bez niestrawności. Żadnemu wątkowi Scott nie poświęca wystarczająco dużo uwagi, przez co obraz jest chaotyczny, brak mu bowiem odpowiedniego spoiwa. Niepotrzebnie też dodane są te zagrywki rodem z telenoweli, jak wątek ojca Robina. Nieco wkurzające było też przedstawienie Francuzów jako tępych barbarzyńców.

Poza tym film jest nieco za długi i zbyt wolno się rozkręca. Bardzo spodobały mi się natomiast zdjęcia; nawet ten pocałunek Robina i Marion w morzu wyszedł całkiem, całkiem.

Blanchett i Crowe tworzą niezłą parę, o ile za kryterium obierzemy chemię między bohaterami. Russell niestety, nie jest już taki młody, co rzuca się w oczy (nawet jeśli sprawnością fizyczną wciąż daje radę). Cate zdecydowanie nie służy ten kolor włosów; poza tym nie mam pojęcia po co przyjęła tę rolę. Wyzwanie to żadne, a szczerze mówiąc ta super zaradna Marion w jej wykonaniu jest nieco irytująca. Na każdym polu: czy to rolniczym, czy walki, jest jej pełno przez co jest trochę nurząca. Strong chyba dostaje tylko oferty grania czarnych charakterów, mnie już wszystkie jego kreacje zaczynają zlewać się w jedno.


Od czasu „Gladiatora” minęło już trochę lat, a Scott wciąż nie potrafi powtórzyć tamtego sukcesu. No cóż, Ridley, może następnym razem.   
 Moja ocena: 6/10