Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kathy Bates. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kathy Bates. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2012

Wielki Mike. The Blind Side / The Blind Side (2009)

[DVD/INNE]


A Marcin twierdzi, że Akademia Filmowa nie ma poczucia humoru. Jak inaczej tłumaczyć sobie Oscara dla Sandry i nominację dla tego filmu? „The Blind Side” to sprawnie nakręcona opowieść do kotleta, w którą nawet nie warto się zagłębiać, aby nie popsuć nie najgorszego pierwszego wrażenia. Opowieść o republikance (po jakiego grzyba jest to ciągle podkreślane?), która jest dobrą chrześcijanką, więc przygarnia pod swój dach olbrzymiego, czarnego chłopca, który przypadkowo okazuje się później megagwiazdą sportu, wzruszać może tylko widzów zza oceanu. Mnie podczas oglądania „Wielkiego Mike’a” ciągle włączała się lampka alarmowa: szansa jeden na milion wcale nie sprawdza się w 9 na 10 przypadkach. Jak dla mnie Hancock ze zbyt wielką sympatią, ale równocześnie beztroską, traktuje swoich bohaterów, niczym babcia ulubionego wnuczka. Najsmutniejsze jest to, że „The Blind Side” nie ma nawet chwili, jednej jedynej chwili, w której film wyszedłby poza temperaturę 20 stopni C.

Teraz zaś kilka słów o Sandrze. Ja babkę naprawdę lubię, ale ten Oscar to jeden z najgorszych wyborów aktorskich ostatnich 20-30 lat. Fakt, że bohaterka Bullock to jedyna osoba z ikrą w filmie i bez niej „Wielki Mike” sporo by stracił, ale to jeszcze gorzej świadczy o filmie, a nie przemawia na korzyść Sandry.

Moja ocena: 6/10 

sobota, 10 września 2011

O północy w Paryżu / Midnight in Paris (2011)

[KINO]


W tym roku nie wybieram się zbyt często do kina, tym bardziej cieszy mnie, że póki co widziałem w kinie same przyzwoite filmy (poza wiekopomnym dziełem Bay'a). „O północy w Paryżu” to zdecydowanie najlepiej wydane przeze mnie pieniądze w kinowej kasie w tym roku.

Trochę z oczarowaniem, a trochę z zażenowaniem oglądało mi się przygody Gila. Powodem takiego stanu rzeczy było to, że tak bardzo przypominał mnie samego i oglądanie tego na ekranie było arcyciekawym doświadczeniem. Allen stworzył film nostalgiczny i lekko naiwny, jednak w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Mistrz w aptekarską precyzją dozuje te elementy, tak że trudno oprzeć się ich czarowi. „O północy w Paryżu” oglądało mi się czasem niczym figiel sztukmistrza, który pod różnymi pozorami wciąż jest w stanie przekazać mądrość. Allen lekko ironicznym okiem spogląda na akademików wybierając drogę poza schematami. Wilson nie rzucił mnie na kolana, ale od czasu „Marley i Ja” coraz bardziej go lubię.  Marion Cotillard jest piękna, ujmująca i muszę przyznać, że po Oscarze radzi sobie lepiej od większości jej koleżanek z Ameryki. Brody jako Dali to chyba najzabawniejszy bohater z barwnego grona osób, których spotyka Gil podczas swojej podróży. Nawet McAdams za którą nie przepadam w roli Inez sprawdza się znakomicie. 

„O północy w Paryżu” to film jednocześnie dojrzały i pełen wigoru, mądry i naiwny, czarujący i bardzo realny. Jeszcze nigdy nie śmiałem się tak głośno w kinie. Dla mnie osobiście to najbardziej trafiający „we mnie’ obraz Allena. Mimo wszystko „Co nas kręci, co nas podnieca” bardziej mnie zaskoczyło, było kinem odważniejszym, bardziej szalonym i dlatego mimo że „O północy w Paryżu” jest bardziej „moim” filmem, to tamten film mimo wszystko uważam za lepszy.

Nie miałem litości dla świnki-skarbonki i wszystkim namawiam do tego samego. To być może najlepszy film, jaki w tym roku gościmy na naszych ekranach. Oby tylko Akademia nie pozostała ślepa na takie filmy.



Moja ocena: 8+/10  + miejsce w ulubionych filmach