Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emily Mortimer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emily Mortimer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lutego 2012

Hugo i jego wynalazek / Hugo (2011)

Michał Walkiewicz napisał w swojej recenzji tego filmu, że mało jest w nim Scorsesego. Ja zgodzić się z tym nie mogę. Reżyser pozostaje bowiem najbardziej wierny samemu sobie, a raczej tej części siebie, która jest lubiącym przydługie opowieści narratorem-bajarzem. Opowieść o Hugonie przedstawia nam w ten sam sposób, w który opowiadał o tożsamości Nowego Jorku czy ekscentrycznym milionerze-lotniku. Owszem, akcenty zostają miejscami inaczej rozłożone, sama opowieść jednak niewiele na tym zyskuje. Scorsese jest niewolnikiem własnego stylu, przez co "Hugon" dużo traci.
Jednak tym, co mnie przeszkadzało najmocniej jest to, że reżyser jeszcze bardziej niż samemu sobie, zawierzył technice. Scenografia i efekty specjalne miejscami zapierają dech, zdjęcia dopieszczone są do granic możliwości. Scorsese zrobił bodajże najbardziej efektowny film w swojej karierze. Jednak podobnie jak naprawiany przez Hugona robot, sam film poza genialna konstrukcją pełną trybików nie posiada duszy, a filmowa magia sprawia wrażenie spreparowanej, niczym trup z kostnicy, który został po mistrzowsku przypudrowany. Brzmi to nieco banalnie, ale tak właśnie czułem się oglądając „Hugona”. Scorsese zafundował nam ładną, nostalgiczną podróż w czasie, sprytnie maskując bezduszność swego dzieła.

Skłamałbym jedna pisząc, że film mi się nie podobał. Jednak najwięcej przyjemności dały mi wątki podoczne, jak historia nadzorcy kolejowego i kwiaciarki Lisette czy wizyty w niezwyklej księgarni pana Labisse. Takie smaczki nadały „Hugonowi” charakteru. Jednak jako całość, ten wielki hołd złożony pasji, nie ujął mnie tak, jak mógłby to zrobić, gdyby reżyserią zajął się ktoś inny. Ktoś, kto zamiast preparować magię, tchnąłby ją naprawdę w tę opowieść.

Moja ocena: 7/10

środa, 2 marca 2011

Miłość Larsa / Lars and the Real Girl (2007)

[DVD/INNE] 

Dla wielu „Miłość Larsa” będzie filmem nudnym, mimo że dzieje się w nim całkiem dużo. Niejedna osoba uzna go za dziwaczny, chociaż wbrew pozorom mówi o bardzo zwykłych rzeczach. Wreszcie, cała rzesza powie, ze to film nieśmieszny tylko dlatego, że prezentowany humor (głównie sytuacyjny) jest zwyczajnie nienachalny.


Tak, zdecydowanie „Miłość Larsa” to nie jest film dla wszystkich. Nancy Oliver postanowiła opowiedzieć o miłości (a raczej potrzebie miłości) za pomocą nieco innych rekwizytów niż to się robi za zwyczaj. Jednak prawdy, które w ten sposób odsłania wcale nie są nowe czy odkrywcze. Czy to minus tego filmu? Skądże.

Ja niejednokrotnie solidnie się na nim uśmiałem. Spodobało mi się to, jak delikatnie opowiadana jest cała historia. Polubiłem bohaterów (a oni sami także polubili się wzajemnie). Mimo całej prostoty „Miłość Larsa” to mądry film, dobrze zagrany film. Mój problem z tym obrazem polegał na tym, że mimo tylu cenionych przeze mnie cech, nie potrafiłem dać się porwać opowieści. Czułem się trochę tak, jakbym oglądał ten film zza podwójnej szyby. Los bohaterów, mimo całej sympatii do nich, był mi w sumie obojętny. Nie żałowałem rozstania z nimi, nie rozmyślałem o nich po zakończeniu seansu. Mimo tylu dobrych składników „Miłość Larsa” zostanie dla mnie filmem jakich wiele i raczej nie będę po niego często sięgał w przyszłości.   





Niemniej, wszystkich zachęcam do obejrzenia, bowiem amerykańskie kino niezależne ma się całkiem dobrze. Dodam tylko, ze mnie najbardziej w całym filmie podobały się sceny asymilacji Bianki z społecznością miasteczka. To, jak mieszkańcy szybko akceptują „inność” bohaterki^^ ze względu na Larsa była wręcz wzruszająca. Bianka w szkole, Bianka w kościele, Bianka w wannie – te sceny wypełnione są ciepłem i  komizmem.

Moja ocena: 6/10